Heh, nie wiem doprawdy jak użytkownikom blogów udaje się zachować ciągłość produkcyjną w obliczu nawarstwiających się wydarzeń codzienności i chylę czoła przed wszystkimi, którym się to udaje. Niby mam ferie, a po tych feriach nie wracam już do szkoły, ale ani się obejrzę, a zaskakuje mnie kolejny poniedziałek. Z nienacka.
Co prawda czas wolności zaplanowałam sobie dość pracowicie bo postanowiłam się przedrzeć przez stertę papierzysk zalegających wszystkie szuflady. Nie wiem jak to się dzieje, że jeśli się obcuje z materiałem kserowalnym, w formie podręczników czy innych pomocy, to po pół roku w tym wszystkim lęgnie się jakiś szkodnik i śmieci. Jeśli raz do roku nie wykonam jakiejś systematyzacji w tym tworzywie, to boję się, że strop się nam zapadnie, albo obudzę się kiedyś przysypana kilkoma ryzami zużytego papieru.
Porządki porządkami, ale ostatni tydzień, a nawet nieco więcej upłynął nam bardzo pracowicie na włóczeniu się po notariuszach i załatwianiu różnych spraw formalnych. Ponieważ dla mnie to było pierwsze zetknięcie się z taką formą władzy, to zastanawiam się czy każda pani notariusz powinna się zachowywać i wyglądać jak moja nauczycielka chemii z liceum (której się trochę bałam...). Ta się tak zachowywała i zastanawiam się czy to może jakaś forma zdobywania szacunku przez sposób bycia. Nie wiem doprawdy...
No i ostatni szlagier - chory samiec w obejściu. W sumie to pewnie sama jestem sobie winna, bo pozwalam mu chorować, leżeć w łóżku i popijać parzoną przeze mnie herbatkę z sokiem malinowym. Niech ma, póki nie pojawiła się konkurencja w naszym stadle rodzinnym niech korzysta. I tak jest nieźle. Ma gorączkę, ale nie umiera (dziwne, klasycznie powinien konać przy 37,2). Trochę kaszle, ale nie postuluje prześwietlenia płuc, a ogólne rozbicie nie przekłada się na nagabywanie o hospitalizację. Jeszcze trochę go poznoszę, a od jutra powiem, że mi dziecko dokucza i muszę poleżeć ze dwa dni;) I wtedy zobaczymy co potrafi chora kobieta.