Powinnam zatem siedzieć gdzieś w kafejce i prowadzić ożywione życie towarzyskie. Jest tak po części zaledwie, ponieważ chwilowo zajmuję się zabawianiem mojej prywatnej hodowli bakterii. Świetnie razem spędzamy czas w towarzystwie szarmanckiego antybiotyku, ale chyba nie przekształcę tej części w element Nowej Inicjatywy Towarzyskiej (NIT).
Przynajmniej dostałam zwolnienie do końca tygodnia, chociaż nie do końca to dobrze, bo wczesniej byłam zakupiłam bilet drogą elektroniczną na kurs Contbusa do Wawy w piatek. W zasadzie mogłabym pojechać już jutro, by dołączyć do stęsknionego syna i nie mniej stęsknionego małżonka, ale, uwaga, uwaga, system elektronicznego zakupu biletów Contbus nie umożliwia zmiany terminu rezerwacji, tudzież zwrotu biletu, nawet po potrąceniu kosztów manipulacyjnych, dajmy na to. Ale nie - możesz złamać nogę, zachorować albo też ulec innym przypadkom losowym, a Contbus i tak ma Cię głęboko w rurze wydechowej jednego ze swoich busów....GRRRR....
Dobre strony są takie, że nadgonię przez ten czas zaległe prace domowe: mycie lodówki, pranie ścierek, gotowanie fasolki do zamrożenia na gorsze czasy i takie tam. No i mogę też czytać. Skończyłam właśnie w szybkim dwudniowym rzucie "Penelopiadę" Margaret Atwood i w zasadzie polecam wszystkim, a szczególnie kobietom, które mają ochotę na inne spojrzenie na męską mitologię. Kto by pomyślał, że taki Odyseusz miał krótkie nogi, a niby taki bohater.
Zrobiłam sobie listę lektur i zakupów do Edynburga (nowa Ruth Rendell, tra la la...) i już się rozglądam co by tu jeszcze, macie jakies propozycje?
wtorek, 17 listopada 2009
poniedziałek, 2 listopada 2009
wtorek, 27 października 2009
Nowa Inicjatywa Towarzyska
Stwierdziliśmy z żoną, że w ramach inicjatyw towarzyskich będziemy regularnie pojawiac się w wyznaczone dni w porach wieczornych w miejscach publicznych licząc na to, że ktoś się do nas dołączy na wspólne wypicie herbaty/kawy/napojów wysokoprężnych itp.. Prawdopodobnie będą to wtorki, prawdopodobnie w Akwareli lub innym zapowiedzianym wcześniej podobnym miejscu.
poniedziałek, 26 października 2009
Anioł Stróż
W niedzielę spotkałam swojego Anioła Stróża. Szczerze mówiąc trochę jestem zawiedziona. Anioł jest po 50-tce, chodzi w ocieplanej kamizelce, koszuli jakiejś takiej flanelowej, ma wąsy, a do tego jeszcze pali. Co to za pomysł, żeby takiego stróża przyznawać młodej, aktywnej kobiecie, która palaczami się brzydzi. Ale widocznie na takiego zasłużyłam. W każdym razie działa. Skąd wiem, że to właśnie on? Dzięki niemu nie wpadłam pod tramwaj...
wtorek, 20 października 2009
kot i backup kota
A otóż i one. Kot i jego backup. Na razie nie wiemy, który jest który. Dla odróżnienia nazwiemy je sobie: Vibovit i Makaron.
Kopie zapasowe
Wygląda na to,
że intensywne lato,
któreż minęło,
na blog wpłynęło,
bo jak widać, ostatni wpis jest z czerwca, a mamy koncówkę października. Cóż - goście, wyjazdy, praca na roli i takie tam. Ale ja nie o tym, nie o tym.
Ostatnio u nas w domu jest moda na kopie zapasowe. Często coś gubimy, siejemy lub niszczymy (tzn. niszczy się samo) i przydaje sie wówczas drugi egzemplarz - zapasowy. A to czapka, a to szczotka do włosów, a to to, a to tamto. Okazuje się, że zbackupować można w zasadzie wszystko. Ostatnio, wykorzystując nadarzającą się okazję, zdecydowaliśmy się na przygarnięcie kota. A w zasadzie dwóch - kota właściwego i kota zastępczego. Na wsi - wiadomo - zwierzęta życia lekkiego nie mają, bo czyhają na nie inne zwierzęta (np. Haker na kury) lub pojazdy mechaniczne. Tak więc od wczoraj mamy dwa koty.
O tym, jak bardzo backupy się przydają, przekonałem się wczoraj, gdy po raz pierwszy w moim krótkim życiu wysiadł mi komputer. Wysiadł dosłownie, bo uruchomić się go nie łatwo nie dało. W końcu postawiony na nogi stwierdził, że jakieś tam pliki zachował. Tu wielki ukłon do firmy HP - program ratujący komputer stwierdził, że zachowa moje prace, jednak gdy przyszło co do czego, okazało się, że backupu otworzyć nie można (HP bardzo dziękujemy!!! i w kwestii oprogramowania backapującego nie polecamy). Ale od czego ma się backup backupu. Na szczęście ma się. Jakiś czas temu zaopatrzyłem się w urządzenie backupujące moją pracę. Zrobiłem aktualizowany na bieżąco backup prac moich. Niestety - nie stworzyłem przy okazji backupu haseł dostępu, liczać naiwnie na to, że będę pamiętał. I oto leżała przede mną skrzynka zawierająca dorobek życia i już wydawało się, że będzie do śmieci, gdyby nie św. Antoni, na którego w takich razach zawsze można liczyć. Pamiętajcie - jak backupować, to wszystko. Uff.
To wracam do odzyskiwania systemu z backupu.
że intensywne lato,
któreż minęło,
na blog wpłynęło,
bo jak widać, ostatni wpis jest z czerwca, a mamy koncówkę października. Cóż - goście, wyjazdy, praca na roli i takie tam. Ale ja nie o tym, nie o tym.
Ostatnio u nas w domu jest moda na kopie zapasowe. Często coś gubimy, siejemy lub niszczymy (tzn. niszczy się samo) i przydaje sie wówczas drugi egzemplarz - zapasowy. A to czapka, a to szczotka do włosów, a to to, a to tamto. Okazuje się, że zbackupować można w zasadzie wszystko. Ostatnio, wykorzystując nadarzającą się okazję, zdecydowaliśmy się na przygarnięcie kota. A w zasadzie dwóch - kota właściwego i kota zastępczego. Na wsi - wiadomo - zwierzęta życia lekkiego nie mają, bo czyhają na nie inne zwierzęta (np. Haker na kury) lub pojazdy mechaniczne. Tak więc od wczoraj mamy dwa koty.
O tym, jak bardzo backupy się przydają, przekonałem się wczoraj, gdy po raz pierwszy w moim krótkim życiu wysiadł mi komputer. Wysiadł dosłownie, bo uruchomić się go nie łatwo nie dało. W końcu postawiony na nogi stwierdził, że jakieś tam pliki zachował. Tu wielki ukłon do firmy HP - program ratujący komputer stwierdził, że zachowa moje prace, jednak gdy przyszło co do czego, okazało się, że backupu otworzyć nie można (HP bardzo dziękujemy!!! i w kwestii oprogramowania backapującego nie polecamy). Ale od czego ma się backup backupu. Na szczęście ma się. Jakiś czas temu zaopatrzyłem się w urządzenie backupujące moją pracę. Zrobiłem aktualizowany na bieżąco backup prac moich. Niestety - nie stworzyłem przy okazji backupu haseł dostępu, liczać naiwnie na to, że będę pamiętał. I oto leżała przede mną skrzynka zawierająca dorobek życia i już wydawało się, że będzie do śmieci, gdyby nie św. Antoni, na którego w takich razach zawsze można liczyć. Pamiętajcie - jak backupować, to wszystko. Uff.
To wracam do odzyskiwania systemu z backupu.
środa, 3 czerwca 2009
Sposoby na nudę
Od niedawna wiem, że jak się komus nudzi, a ma na podorędziu niezbyt wyrośniętą latorośl, pjesli takowa sama nie stanowi wystarczajacej rozrywki, to nalezy niezwłocznie udać się na szczepienie. Ktoś mi w ostatnich dniach podmienił synka na jakiegoś drącego mordę, rozgorączkowanego piekelnika, który dodatkowo przez ostatnie trzy dni był wysypany w gustowny, malinowy rzucik. Chwała Bogu wszystko powoli wraca do normy...
Abstrahując, zastanawiałam się wczoraj nad tym jak to się zmienia teraz obraz czytelnictwa w Polsce. Jakoś tak mnie naszło, bo przeszłam się ostatnio do British Council i ze smutkiem stwierdziłam, że tak naprawdę nie mam sobie czego wypożyczyć do poczytania. Wszystko albo czytałam, albo jest zbyt nudne, albo trąci stęchlizną wręcz, albo jakieś takie głupawe... Sama się łapię na tym, że jak mam ochotę coś poczytać, to wchodzę na Allegro i kupuję. Nie mam siły szukać po bibliotekach. Zastanawiałam się nawet przez chwile jak wyglądałaby współczesna wersja biblioteki z "Imienia róży", tak smakowicie w końcu opisanej. Komputer z dostępem do internetu?
Z resztą z tym czytaniem to chyba w ogóle jest jakaś tragedia...Już nawet nie o to mi idzie, że się nie czyta, ale, że jak już ktoś czyta, to i tak nic nie rozumie.
Utyskiwała nad tym polonistka z mojej szkoły, nawet, niestety tylko na jeden dzień, pojawił się w pokoju nauczycielskim krótki i jakże, moim zdaniem, celny felieton
do poczytania tutaj
No i tak to
Abstrahując, zastanawiałam się wczoraj nad tym jak to się zmienia teraz obraz czytelnictwa w Polsce. Jakoś tak mnie naszło, bo przeszłam się ostatnio do British Council i ze smutkiem stwierdziłam, że tak naprawdę nie mam sobie czego wypożyczyć do poczytania. Wszystko albo czytałam, albo jest zbyt nudne, albo trąci stęchlizną wręcz, albo jakieś takie głupawe... Sama się łapię na tym, że jak mam ochotę coś poczytać, to wchodzę na Allegro i kupuję. Nie mam siły szukać po bibliotekach. Zastanawiałam się nawet przez chwile jak wyglądałaby współczesna wersja biblioteki z "Imienia róży", tak smakowicie w końcu opisanej. Komputer z dostępem do internetu?
Z resztą z tym czytaniem to chyba w ogóle jest jakaś tragedia...Już nawet nie o to mi idzie, że się nie czyta, ale, że jak już ktoś czyta, to i tak nic nie rozumie.
Utyskiwała nad tym polonistka z mojej szkoły, nawet, niestety tylko na jeden dzień, pojawił się w pokoju nauczycielskim krótki i jakże, moim zdaniem, celny felieton
do poczytania tutaj
No i tak to
Subskrybuj:
Posty (Atom)